rocketman

Just another WordPress.com site

Stadion Legii, Pałac Saski i warszawska Montmartre

Pisząc poprzedni tekst i myśląc o „słynnych” warszawskich ruinach, pomyślałem o budynku, którego fragment oglądać możemy po dziś dzień – i o tym fragmencie pisał zresztą w cytowanym przeze mnie ostatnio tekście Leopold Tyrmand. Pozostałością tą jest Grób Nieznanego Żołnierza, obecnie obiekt „wolno stojący”, kiedyś element architektonicznej całości zwanej Pałacem Saskim. Prawdę powiedziawszy, przez większość życia błędnie myślałem, że Grób Nieznanego Żołnierza powstał już po wojnie, jako pamiątka ofiar II wojny światowej – tymczasem pomnik ten znalazł swoje miejsce pod arkadami kolumnady pałacu w roku 1925, w celu uczczenia pamięci żołnierzy walczących o niepodległość. Moja niewiedza niech będzie laurką dla wychowawców, którzy podczas szkolnych wycieczek w tamte rejony myśleli o niebieskich migdałach i pozwalali na to, żebyśmy robili głupawe miny do pełniących wartę honorową żołnierzy, zamiast powiedzieć nam cokolwiek o historii (którą mielibyśmy pewnie wtedy w głębokim poważaniu, ale przynajmniej nie mógłbym mieć teraz do nikogo pretensji). Monument, w przeciwieństwie do całości budowli przetrwał wojnę, jednak jego stan po wysadzeniu w pałacu powietrze w grudniu 1944 daleki był od ideału. Sam Tyrmand był bardzo niezadowolony, że „reaktywowany” grób został zrekonstruowany i odnowiony, podczas gdy pisarz uważał, że pozostawiony w stanie surowym robiłby na widzu o wiele większe wrażenie.

Ja jednak jestem bardzo niezadowolony z innego powodu – ubolewam nad tym, że Pałac Saski nie został odbudowany, pomimo że inwestycja ta wydawała się kilka lat temu tak bliska realizacji. Plany były wielkie, skończyło się jak zwykle – brakiem funduszy. Oczywiście ratusz nie miał takich problemów stawiając stadion piłkarski spółce ITI. Poprawcie mnie jeżeli się mylę, ale koszta odbudowy Pałacu Saskiego wyceniono na 200 milionów złotych. Później pojawił się „problem” z odkrytymi na miejscu budowy starymi piwnicami i fundamentami – konieczna zmiana projektu miała wiązać się z dodatkowym kosztem około 70 milionów zł. Daje to razem 270 milionów złotych, przy 374 milionach pochłoniętych przez budowę nowego stadionu przy Łazienkowskiej 3. Ktoś powie – stadion się zwróci, pałac niekoniecznie. Otóż nie zwróci się, gdyż klub piłkarski Legia Warszawa za wynajęcie obiektu będzie płacić miastu przez najbliższe 20 lat po 3,74 miliona złotych rocznie. Oznacza to, że przez te dwie dekady stolicy zwróci się niecałe 75 milionów. Ba, póki co miasto nie dostaje nic – umowa z klubem orzeka, że ten zacznie płacić czynsz po zakończeniu budowy. A ta jeszcze nie została ostatecznie zakończona (trwają pracę nad ostatnią trybuną), pomimo że Legia gra tam mecze już od lata.

Generalnie ciężko winić zarząd klubu – to miasto dało się zrobić w balona. Głównym winowajcą jest tutaj PiS-owski – a jakże – komisarz miasta z czasów zawierania umowy, wielce sympatyczny i zawsze uśmiechnięty Kazimierz Marcinkiewicz. Umowa renegocjowana była w 2008 roku i chwała ratuszowi, że miasto będzie dostawało chociaż te 3,74 miliona – jak się okazuje, kontrakt zawarty przez Marcinkiewicza zakładał czynsz w wysokości… 560 tysięcy złotych. A więc miastu należałoby się w sumie niewiele ponad 11 milionów. Kolejny skandal wiąże się z prawami komercyjnymi, w tym prawem do nazwy stadionu, o czym ostatnio głośno było w warszawskich mediach. Jak się okazuje prawa te też oddane zostały przez miasto lekką ręką klubowi i teraz ITI może ustanowić przetarg o to jak będzie nazywał się nowy stadion. Na ten moment mówi się o Pepsi Arenie, ale niechby nazywał się i Prusakolep Center – tak czy inaczej pieniądze pójdą nie do kasy miasta, a do kasy klubowej. Legia na takiej transakcji mogłaby zarobić około 6 milionów złotych rocznie, tak więc czynsz zwróciłby się z nawiązką. Obecnie politycy walczą o to, aby wyjść z tej sytuacji z twarzą, albo przynajmniej z jakimiś pieniędzmi. Tutaj chciałbym zwrócić uwagę na niezwykle celną szyderę ze strony dyrektora miejskiego Biura Sportu Wiesława Wilczyńskiego, który także stara się o kolejną renegocjację umowy: „Przedstawiciele ratusza będą prowadzić z klubem negocjacje. – W umowie jest zapis o utrzymaniu odpowiedniego poziomu sportowego – przypomniał dyrektor Wilczyński. – A z tym na Legii nie jest za dobrze.” Także uspokajam tych, którzy chcieliby powiedzieć, iż stadion to inwestycja opłacalna dla miasta.

A dlaczego chciałbym tak bardzo powrotu Pałacu Saskiego? Otóż z powodów estetycznych. I dlatego, że uważam Plac Piłsudskiego za miejsce troszeczkę niedoceniane, podczas gdy oczami wyobraźni widziałbym tam wspaniały salon kulturalny miasta. Już teraz jest to jedno z najciekawszych architektonicznie miejsc w Warszawie. Może nie najpiękniejszych, ale najbardziej eklektycznych i intrygujących. Stańmy po środku placu i obracajmy się wokół własnej osi w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara. Ujrzymy kolejno: piękny stuletni ponad gmach Zachęty, zza którego wygląda kościół Św. Trójcy ze swoją kopułą ozdobioną charakterystyczną latarnią; dalej niezwykle charakterystyczny gmach hotelu Victoria, wielokrotnie ukazywany w PRL-owskich filmach i serialach. Od strony Wisły stoją dwa dobrze komponujące się ze sobą budynki – XIX-wieczny były Hotel Europejski, projektu Marconiego, oraz modernistyczny „dom bez kantów” (oryginalnie: Dom Funduszu Kwaterunku Wojskowego), natomiast od północy plac zamknięty jest przez nowoczesny biurowiec Metropolitan. Niestety, wszystko to nie łączy się w całość z racji wielkości placu, który jest dodatkowo powiększony przez bezpośrednio połączony z nim Ogród Saski. I dlatego brakuje tutaj Pałacu Saskiego – ogromny gmach zdominowałby okolice i uczyniłby plac Piłsudskiego czymś w rodzaju zamkniętego z czterech stron rynku. Moim zdaniem wyglądałoby to wspaniale.

No i kultura. Generalnie jest to okolica już teraz niezwykle interesująca pod względem miejsc związanych z kulturą. Mamy wspomnianą już galerię sztuki Zachęta, a obok kościół św. Trójcy, w którym z racji bardzo dobrych właściwości akustycznych budynku odbywają się koncerty muzyki poważnej. Dalej lubiana przez artystów-plastyków ulica Mazowiecka, gdzie oprócz sklepów z farbami, ołówkami, papierami i innymi przyborami znajduje się Dom Artysty Plastyka, proponujący różnego rodzaju wystawy sztuki nowoczesnej. A żeby przyjemnie było nie tylko dla oka lecz również dla ucha, po drugiej stronie ulicy mamy słynny (żeby nie powiedzieć: kultowy) klub jazzowy Tygmont. To od strony południowej. Od północy, tuż za Metropolitanem mamy przecież Teatr Wielki Operę Narodową. Kulturalne wydarzenia mają też miejsce w Ogrodzie Saskim, gdzie w letnie popołudnia odbywają się pokazy filmów. Uważam, że ta okolica ma ogromny potencjał kulturalny. Oczywiście, odbudowa Pałacu Saskiego z pewnością zachęciła by większą ilość turystów do odbicia w prawo z Traktu Królewskiego i zajrzenia w te okolice – być może przydałoby się tutaj więcej lokali gastronomicznych. Ale takie przybytki mamy na samym Krakowskim Przedmieściu. Tutaj zawsze mieściły się raczej droższe kawiarnie i restauracje. Do tego w samym pałacu siedzibę miałby mieć ratusz, toteż raczej nie byłoby tam miejsca na nocne libacje alkohole rozwydrzonych Anglików, odbywających w okolicy swoje wieczory kawalerskie. Za to jakaś restauracja, kawiarnia czy winiarnia oraz galeria sztuki, albo kilka mniejszych, prywatnych galerii pojedynczych artystów… a może jakiś nowy teatr – dlaczego nie? Tak jak pisałem, okolica powinna zdefiniować charakter tego miejsca i moim zdaniem jest tutaj sporo do zrobienia, ale przy chęciach i odpowiednich środkach moglibyśmy mieć tutaj taki warszawski, miniaturowy odpowiednik paryskiej Montmartre.

——

Tak w ramach ciekawostki, w sąsiedztwie Pałacu Saskiego mieścił się kiedyś jeszcze jeden budynek, o którym nie wiedzieć czemu mówi się bardzo rzadko. W centralnym punkcie obecnego placu Piłsudskiego stał wybudowany w latach 1894-1912 imponujący sobór św. Aleksandra Newskiego. Nie było mu jednak dane długo gościć w Warszawie – i co ciekawe, to nie wojna zakończyła jego żywot, a przynajmniej nie bezpośrednio. Sobór rozebrany został w latach 20-stych ubiegłego wieku przez samych Polaków, podobnie jak wiele innych świątyń prawosławnych wybudowanych w mieście w czasie zaborów. Oczywiście ciężko ubolewać nad losem tej budowli – raz, że sama rozbiórka wynikała z antyrosyjskich i antyprawosławnych nastrojów panujących w Polsce po odzyskaniu niepodległości (sama świątynia została wybudowana jako pewien pokaz siły zaborcy), dwa – sobór tak naprawdę niezbyt pasował do okolicy, której architektura utrzymana była w zupełnie innym stylu. Z drugiej strony był częścią miasta i ciekawym okazem architektonicznym – generalnie zagłębiając się w to zagadnienie wróciłbym do poprzedniej notki, a tego nikt z nas nie chce.

Reklamy

Tyrmand, Stalin, Kaczyński i sacco di Varsavia

„Parafraza jest w tym wypadku nader dowolna. Szesnastowieczne sacco di Roma oznaczało w pierwszym rzędzie złupienie Rzymu, następnie zaś jego zniszczenie. W wypadku Warszawy dominującym przemożnie czynnikiem było – rzecz jasna – zniszczenie, unicestwienie miasta. Ponadto takich sacco Rzym zniósł kilka. Dokładali do tego rękę piromaniak Neron i barbarzyńca Alaryk, ciężko wzdychający Narses i zapiekli w swej furii baronowie kampańscy – wszyscy zaś czynili to niezgorzej. Były lata w długim ciągu istnienia Wiecznego Miasta, kiedy w nędznych lepiankach nad Tybrem gnieździło się kilkaset dusz rzymskich wśród cmentarzysk i ruin. Z czasem miasto znów wracało do życia, rosnące mury skupiały w sobie nowe sumy piękna, znowu zamieszkiwała w nich mądrość i świadomość własnego, uniwersalistycznego znaczenia. Po każdym sacco pozostawała w mieście jakaś wspaniała ruina. Po latach ruina stawała się czcigodna, po wiekach – nabierała cech skarbu światowej kultury. Świadczyła o pełnych chwały dziejach miasta; przyśpieszała bicie serc sentymentalnych turystów; inspirowała wiekopomne strofy poetów i brzemienne w prawdę refleksje filozofów. Tym samym Rzym zawsze ciągnął kapitalne korzyści kulturotwórcze ze swych własnych katastrof. Potrafił wrazić obraz swych zniszczeń w kulturalną świadomość świata i uczynić z nich rzecz cywilizacyjnie cenną, a pożyteczną w sensie moralnego memento.

(…)

Daleko bardziej niesłusznie rozwiązany został problem kościoła św. Aleksandra na placu Trzech Krzyży. Sprawa tego kościoła nie jest prosta. Już przed wojną odzywały się głosy krytykujące jego położenie. Twierdzono, że nie leży on na osi Alei Ujazdowskich, że jest zbyt duży i architektonicznie pretensjonalny jak na niewielki i chaotycznie rozplanowany plac Trzech Krzyży. (…) Tymczasem przyszło zniszczenie i kościół św. Aleksandra zamieniony został we wspaniałą, pełną tragicznego wyrazu ruinę o jednej sterczącej samotnie wieży i boleśnie rozłamanych kolumnach, zaś lata po wojnie przyniosły słynne, katakumbowe nabożeństwa w krypcie kościoła, które wzmogły głębokie piękno tego miejsca i przywiązanie doń w sercach warszawiaków. Zdawało się, że resztki murów zostaną udrapowane i zakonserwowane z czcią, na wieczne przypomnienie straszliwego gwałtu dokonanego na świątyni, lecz zapadła inna decyzja. Obecnie, w środku rozbudowywanego placu Trzech Krzyży, zdeterminowanego przez rozłożysty gmach PKPG, wykańcza się rekonstrukcję kościoła św. Aleksandra w jego pierwotnej postaci Algnerowskiej rotundy. 

– To była najpiękniejsza ruina Warszawy – rzekł mi niedawno pewien słynny polski architekt – będzie zaś nieuplasowany i źle widoczny gmach kościelny. Szkoda… 

Oczywiście, że szkoda. Dopiero po kompletnej odbudowie placu Trzech Krzyży te tragiczne szczątki kościoła nabrałyby swego właściwego wyrazu. Odpowiednio zorganizowane i zakonserwowane, leżące w centrum ożywionej arterii, na tle wielkich, grających życiem budowli, znalazłyby sobie nieporównaną siłę oskarżycielską.

***

Siłę wiecznego oskarżenia zawierają w sobie nie tylko rezerwaty zniszczeń na wielką skale. Jak głębokie może być wzruszenie człowieka na widok skrzywdzonego dzieła sztuki mniejszego formatu, o tym wiedzą ci wszyscy, którzy oglądali dokładnie pałac poradziwiłłowski na Trasie W-Z zaraz po jej otwarciu. Przed wschodnim wejściem do ślicznie wyremontowanego pałacyku, lśniącego świeżą farbą i tynkiem, stały wtedy na podstawach stare, alegoryczne rzeźby w swej oryginalnej, nieretuszowanej postaci. Wojna obeszła się z nimi okrutnie, pozbawiła je głów, członków, wyrwała ramy w ich marmurowym ciele. Tym niemniej, albo w ł a ś n i e dlatego, stanowiły one zastanawiający, dojmujący refleks pożytecznej melancholii na tle optymistycznego refleksu odbudowy. Jeśli jednak napisałem: „stały wtedy”, to z tego powodu, że dziś rzeźby te już tam nie stoją. Zostały zabrane do „odnowy”… 

(…)

W taki nieprzemyślany sposób usiłuje się zatrzeć wszelkie ślady, nawet drobne, nawet piękne. Tkwi w tym zresztą ogromne nieporozumienie artystyczne. Wprawdzie starą architekturę miłujemy za jej starość i autentyzm, to jednak w naturze rzeczy architektury zawarte jest przyzwolenie ciągłych odnów, renowacji, rekonstrukcji. Wymaga tego jej naturalna funkcjonalność, która sprawia, że dobra architektura nie traci w rekonstrukcjach swej wartości. Co innego jest rzeźbą, stanowiącą przecież różną od architektury dziedzinę plastyczną. Rekonstrukcja warszawskiej rzeźby dekoracyjnej, powalonej i zdruzgotanej przez hitlerowskich barbarzyńców, pozbawia ją wymowy, niezastąpionej dla dorobku dziejowego miasta, częstokroć zaś może ją pozbawić artystycznej wartości. O tym, jak wiele mieści się w niedopowiedzianym, wie każdy niemal, mający choć trochę wspólnego ze sztuką. Cóżby się stało z Wenus Milońską, gdyby jej zrekonstruować ręce!… Jakie zaś siły mobilizujące tkwią w okaleczonej rzeźbie, ustawionej demonstracyjnie na dachu przepysznie wyglądającego pałacu, która sama sobą mówi: „Stoję tu, bezgłowa i smutna, nie dlatego, że nie potrafiono mi przywrócić dawnego blasku, lecz po to, abyście pamiętali…” (…) Kiedy zaś wzruszenie artystyczne wyzwala oburzenie – wtedy jest ono na pewno szlachetnego gatunku”

Leopold Tyrmand, „Tygodnik Powszechny”, 1950

Po przeczytaniu tekstu, z którego pochodzą wyżej cytowane fragmenty, sam pokusiłem się o pewne rozważania w temacie warszawskich ruin, choć nie tylko ruin, generalnie traktując obiekty architektoniczne jako świadectwa historyczne. Jest ponad sześćdziesiąt lat później, Tyrmand pisał swój tekst w czasach, kiedy Warszawa w gorączkowym pędzie stawała dopiero na nogi. Sześć dekad później żyję w mieście tym samym, a jednak zupełnie innym. Ktoś, kto jakimś cudem nie wiedziałby o II wojnie światowej i stratach, jakie w jej wyniku poniosła stolica, mógłby przyjechać tutaj i nigdy nawet nie pomyśleć, że sześć dekad wcześniej chodziłby po zgliszczach, po mieście ruin, przypominającym bardziej przeraźliwie ponurą nekropolię, niż może nieco nieuporządkowane i chaotyczne, ale zdecydowanie nowoczesne, europejskie miasto. Nie wiedziałby też jednak skąd ten chaos, ten rażący w wielu miejscach brak jednolitej, sensownej myśli urbanistycznej, skąd te kontrasty i taka a nie inna ogólna charakterystyka współczesnej Warszawy.

Ostrzegam, iż tekst mój będzie miał charakter raczej luźnych rozważań, w założeniu nie ma być uporządkowanym felietonem – w ten sposób chce wykorzystać fakt posiadania bloga, po to go założyłem. Mogę tutaj wrzucić zdjęcie bez podpisu, mogę opublikować artykuł dopracowany niczym publikacje National Geographic (choć nie zdarzyło się to jeszcze i nie sądzę, aby kiedykolwiek miało mieć miejsce), a mogę się rozpisać tak jak zamierzam zrobić to poniżej – być może wyjdzie z tego miernej jakości, nieznośny bełkot. Mam jednak cichą nadzieję, że ktoś podejmie temat (na Rogala liczę obowiązkowo, gdyż wiem, że los stolicy absolutnie nie jest mu obojętny) i może urodzi się z tego jakaś dyskusja, choćby poniżej w komentarzach – nie zależy mi oczywiście na ich liczbie, aczkolwiek zawsze jestem ciekaw tego kto co sądzi o sprawach Warszawy, a właśnie takie sprawy poruszę poniżej, sprawy mniej lub bardziej odnoszące się do tekstu Tyrmanda.

Aby jednak zachować jakikolwiek sens, porządek i chronologię, pragnę zacząć tam, gdzie Tyrmand skończył, a więc w okolicach zakończenia II wojny światowej i odbudowy Warszawy. Pomysł wybrania jednej „reprezentacyjnej” ruiny i pozostawienia jej w stanie, do jakiego doprowadziły niegdysiejszą budowlę działania hitlerowców wydaje mi się pomysłem naprawdę interesującym. Ktoś może powiedzieć, że to kontrowersyjne, że po co straszyć, ale jeżeli nie przesadzilibyśmy z ilością (jeżeli miałby to być na przykład tylko i wyłącznie kościół św. Aleksandra, liczba jednego miejsca byłaby moim zdaniem zupełnie wystarczająca), to moim zdaniem byłoby to bardzo dobre rozwiązanie. Bo oczywiście, mamy kilka miejsc pamięci – weźmy tutaj na przykład rejony, w których spędziłem pierwsze dwadzieścia lat mojego życia, a więc Mirów, Muranów. Były to tereny, na których znajdowała się getto warszawskie, a więc bez wątpienia jedne z tych, które widziały sceny najstraszniejsze i które doznały najpotężniejszych zniszczeń, a mówiąc bardziej precyzyjnie, zostały doszczętnie zrównane z ziemią. I mamy tutaj muzem „Pawiaka”, mamy miejsce pamięci „umschlaugplatz”, wreszcie mamy zainstalowane kilka lat temu w chodnikach żeliwne tablice, pokazujące gdzie znajdował się mur getta. I oczywiście, osobie świadomej wystarczą prawdopodobnie tego typu sposoby upamiętnienia ofiary żydowskiej i ofiary zarazem warszawskiej. Postawmy się jednak na miejscu turysty, osoby mniej świadomej. Dla takiego indywiduum wymienione przeze mnie miejsca to będą kolejno: muzeum, pomnik, tablica pamiątkowa. A więc instytucje, które znajdują się na całym świecie – jeden zainteresuje się sytuacją, ale inny przejdzie obok nich obojętnie. Tymczasem widok zakonserwowanych zgliszczy w samym sercu jednego z najbardziej reprezentacyjnych miejsc Warszawy niewątpliwie lepiej oddziaływałby na emocje – zarówno turystów i osób mniej świadomych, jak i samych mieszkańców miasta, dla których taki budynek „Pawiaka” staje się powszedni, natomiast obok ruiny kościoła (czy ewentualnie innego ważnego budynku) z pewnością nigdy nie byliby w stanie przejść obojętnie.

Uważam, że konkretny pomysł na wykorzystanie do tego celu kościoła św. Aleksandra był również bardzo udany. Nie ukrywam, że plac Trzech Krzyży i dalej całe południowe śródmieście z Powiślem i Solcem włącznie to prawdopodobnie moja ulubiona część Warszawy. A przynajmniej jeżeli mam kogoś zabrać na spacer i pokazać mu miasto od najlepszej strony, wybiorę najpewniej te właśnie rejony. Aleje Ujazdowskie, Piękna, Górnośląska, Rozbrat, Myśliwiecka, parki, budynki, chodniki – wszystko jest tam znakomite. No i właśnie, wyobraźmy sobie taką sytuację. Do Warszawy przyjechaliśmy poprzedniego dnia wieczorem i póki co jedyne co widzieliśmy, to okolice bloku kolegi, u którego się zatrzymaliśmy – stolica wydaje nam się brzydka, dokładnie taka jak słyszeliśmy. Socjalizm i wielka płyta. Naraz jednak rzeczony kolega zabiera nas na wycieczkę Alejami Ujazdowskimi. Idziemy traktem od jego zarania przy skrzyżowaniu z Belwederską – mijamy potężny gmach kancelarii premiera, Łazienki Królewskie, Ogród Botaniczny, wiele pięknych, reprezentacyjnych, wybielonych budynków willowych i pałacowych, a z drugiej strony z Placu na Rozdrożu widzimy przykład wielkomiejskiego, powojennego rozwoju Warszawy, jakim jest bez wątpienia biegnąca dołem Trasa Łazienkowska.. I wreszcie docieramy do placu Trzech Krzyży, gdzie w tak pięknym miejscu, pomiędzy budynkami, w których kwitnie życie, praca i handel, znajdować by się mogła ruina kościoła. I nagle wszystko łączy się w jedną całość, wszystko staje się oczywiste. Już wiemy skąd socjalistyczne klocki i szare osiedla zamiast pięknych kamienic, willi i pałacyków w mieście zwanym kiedyś „Paryżem północy”. Widzimy jak bardzo można zranić miasto i od razu stajemy się dla niego bardziej wyrozumiali i pełni szacunku.

Oczywiście już Tyrmand wiedział o tym, że jego pomysł nigdy nie zostanie zrealizowany. Jednak od momentu, w którym przedstawiał tę ideę na łamach „Tygodnika Powszechnego” przez Warszawę zdążył przetoczyć się cały komunizm i dwadzieścia ponad lat III RP. Wiemy wiele więcej niż pisarz w tamtych czasach. Znamy miasto starsze i rozbudowane o sześćdziesiąt lat. I nowe pomysły różnych osób na obchodzenie się z najważniejszymi reliktami minionych dekad.

W tym momencie piję bezpośrednio do idei zburzenia Pałacu Kultury i Nauki, której poparcie wyrażali swego czasu nawet ważni politycy państwa – na ten moment przypomina mi się wypowiedź Radosława Sikorskiego, który w na zgliszczach tego wyjątkowych rozmiarów radzieckiego daru widziałby najchętniej park; prawdopodobnie chodziło mu o coś na wzór nowojorskiego Central Parku.

Tylko po co? Moim zdaniem, jeżeli mielibyśmy burzyć PKiN, powinniśmy pójść za ciosem i zburzyć większość okazów architektury socrealistycznej, a przynajmniej te, które w powszechnym mniemaniu nie uchodzą za przyjemne dla oka (bo pamiętać trzeba, że „socreal” nie zawsze równa się brzydkiemu, szaremu betonowi). A to jest nierealne. Zburzenie tego tylko jednego budynku byłoby najgorszym, co mogłoby się Warszawie przytrafić. Bo o ile zachowana ruina kościoła św. Aleksandra mogłaby wyjaśniać skąd w ogóle brak większej ilości przedwojennej architektury na terenie miasta, tak Pałac im. Józefa Stalina jest bezpośrednim wyjaśnieniem – dlaczego tak a nie inaczej. To stąd wynikają „odchodzące” od pałacu „Ściana Wschodnia” i osiedle „Za Żelazną Bramą”, a dalej betonowe, wysokie osiedla Mokotowa, Bemowa, Gocławia, Targówka i wielu innych warszawskich dzielnic. Oczywiście, PKiN nie był pierwszym okazem komunistycznego budowania w Warszawie – wcześniej powstał przecież MDM. Mimo to sądzę, że to właśnie ten wieżowiec, z racji swojej wielkości i unikalności jest największym symbolem, budynkiem-matką warszawskiej architektury socrealistycznej.

Oczywiście nie miałbym nic przeciwko ograniczeniu dominacji „patyka” w panoramie Warszawy, co na pewno w jakimś stopniu przyniesie zagospodarowanie jego najbliższego otoczenia w kwadracie ulic Marszałkowskiej, Świętokrzyskiej, Emilii Plater i Alei Jerozolimskich. Mimo wszystko zupełne zdominowanie PKiN-u raczej żadnemu architektowi się nie uda. Piszę jako osoba nie mająca najmniejszego pojęcia o architekturze, jestem zwykłym obserwatorem, ale i tak widzę pewne elementy, które decydują o tym, że ten budynek zawsze będzie się wyróżniał (no chyba, że od każdej strony zostanie obudowany ścianą 300-metrowych wysokościowców). Otóż przede wszystkim, inne budynki będą stały blisko siebie, podczas gdy PKiN zawsze będzie miał wokół siebie wystarczająco dużo powietrza – wynika to z faktu, iż ma on rozłożystą podstawę, więc żadna inna wieża nie może stanąć zbyt blisko. Po drugie, sam projekt wieżowca decyduje o tym, że bardzo wyróżnia się on spośród nowych budynków stawianych w centrum Warszawy – abstrahując od nietypowego kształtu, kamień dominuje nad szkłem i aluminium. „Złota 44” (fantastyczny projekt Libeskinda – oby dalsza jego realizacja potoczyła się już bez przeszkód) będzie wyższa niż PKiN mierzony bez iglicy – tak czy inaczej na projektach widać szklaną lekkość tego budynku. Złota będzie mogła więc konkurować ewentualnie ze znajdującym się obok „Intercontinentalem”, podczas gdy „pekin” pozostanie w zupełnie innej wadze, ciężki, groźny i dominujący.

Idąc dalej dochodzę do spraw zupełnie współczesnych. Większość z nas (w przeciwieństwie do tego, co sugerują politycy i elektorat PiS) ma dosyć rozmów o „katastrofie smoleńskiej”, warto jednak moim zdaniem nie pomijać zupełnie tego tematu, przynajmniej w kontekście jego wpływu na życie Warszawy i Warszawiaków – zanim będzie za późno. Nasze miasto sporo zyskuje na tym, że jest stolicą (inwestorzy, pieniądze i wszystko co za tym idzie), niestety są też jednak aspekty, w których pozostaje stratne. Nie słyszy się przecież o tym, żeby górnicy rzucali kamieniami na krakowskim Starym Mieście, albo żeby pielęgniarki przez miesiąc okupowały ulicę Piotrkowską w Łodzi. Nie wiedzieć czemu, zwolennicy budowania setek pomników i stawiania krzyży ku pamięci tragicznie zmarłych pasażerów i załogi (ładnie brzmi wymienianie całości – wiadomo jednak o kogo tak naprawdę chodzi) samolotu TU-154 nie protestują raczej pod Wawelem – co miałoby sens bo tam jest teraz miejsce tragicznie zmarłego prezydenta, niewiele ma on za to obecnie wspólnego z Krakowskim Przedmieściem – tylko od roku dziesiątego dnia każdego miesiąca robią mniejsze lub większe zamieszanie na warszawskim Krakowskim Przedmieściu. Pomijając oczywiście cały cyrk trwający pod „bogu ducha winnym” Pałacem Prezydenckim przez całe zeszłe lato. Otóż mówmy, krzyczmy jak najgłośniej – NIE CHCEMY KOLEJNYCH POMNIKÓW KU PAMIĘCI OFIAR „KATASTROFY SMOLEŃSKIEJ”! Wszytko o czym pisałem wyżej to wydarzenia ściśle związane z Warszawą, tragiczne dla milionów ludzi. Monumenty, dzięki którym cały czas mamy w pamięci zło hitleryzmu i komunizmu. Oczywiście mamy też inne pomniki – te upamiętniające narodowych wieszczy, pisarzy, których czytają pokolenia, wynalazców, którzy mieli wpływ na rozwój światowej świadomości i nauki, a przy tym sławili Polskę na świecie. Wodzów takich jak Piłsudski, polityków takich jak Dmowski – kontrowersyjnych, niekoniecznie przez wszystkich popieranych, ale niewątpliwie bardzo wiele znaczących dla historii narodu. I pytam – gdzie tutaj miejsce dla osób, które zginęły w katastrofie lotniczej? Oczywiście, wydarzenie to tragiczne, ale z całym szacunkiem – wystarczy. Nie róbmy z Warszawy, na której ulicach krew przelały miliony osób miejsca pamięci jednego nieszczęśliwego lotu, w którym zginęło aż 96 osób, ale zarazem, patrząc na wszystko o czym pisałem wcześniej – tylko 96 osób. W tym prezydent, któremu niektórzy chcieliby stawiać osobne pomniki. Prezydent, który miał najniższe poparcie społeczne w historii osób sprawujących w Polsce ten urząd. To kolejna kwestia – inne pomniki warszawskie generalnie łączą. Łączą w żalu do wrogów i tragicznych wydarzeń, łączą w podziwie dla wielkich ludzi tego narodu. Pomnik prezydenta Kaczyńskiego tylko i wyłącznie dzieliłby, na zawsze pozostając przedmiotem sporów i kontrowersji.

Piszę to z pewnym żalem, bo wcale nie chcę i nigdy nie chciałem umniejszać tragedii – ale cała ta katastrofa to kropla w morzu historii warszawskiej (a do tego Warszawa ma do niej tylko tyle, że to tam funkcjonują władze państwowe) i 10 kwietnia został już wystarczająco upamiętniony pomnikiem na Powązkach oraz tablicą na Pałacu Prezydenckim. Nie dewaluujmy innych miejsc pamięci i pomników warszawskich. Kopernik ma w stolicy tylko jeden monument. Nie zawracajmy głowy tego miasta drobiazgami.

Lifestyle: Wąs polski (top 10)

Karierę zawodniczą kończy Adam Małysz. Bez cienia ironii – wielki to sportowiec, który swego czasu zupełnie zdominował swoją dyscyplinę i zdobył niemalże wszystko, co było do zdobycia. Do tego zrobił to jako Polak. Co jest istotne w każdym sporcie, w którym liczą się pieniądze (czyli… w każdym) – jak wiadomo, Polska na ogół ma gorsze bazy treningowe, gorsze stadiony, gorsze tory wyścigowe (tych to nie ma w ogóle, jeżeli mówimy o poziomie profesjonalnym) i gorsze skocznie narciarskie. Gorsze niż Niemcy, Austriacy, Finowie czy Norwegowie (być może gorsze także niż Czesi, Włosi czy Słoweńcy – ale nie interesuje się sportem na tyle, aby to wiedzieć). Dlatego właśnie doceniam każdy sukces polskiego zawodnika, niezależnie od dyscypliny – bo jeżeli Polak wygrywa, to w 9 na 10 przypadków znaczy, że zrobił więcej dla swojego państwa, niż państwo zrobiło dla niego.

Dobra, czas wrócić do głównego wątku, bo zrobiło się smutno – a temat ma być w sumie wesoły, śmieszny, przaśny. Wąs. Adam Małysz – skoczek, który pozostał Polakiem. Świadczy o tym jego paszport, biało-czerwona flaga pojawiająca się przy jego nazwisku podczas transmisji telewizyjnych – i wreszcie jego wąs. Jestem przekonany, że mnóstwo ludzi tak bardzo przyzwyczaiło się do jego wąsatego wizerunku, że przestało na co dzień zwracać uwagę na ten atrybut. O tym, skądinąd całkiem d’artagnanowskim wąsiku przypomnieliśmy sobie (albo przypomniano nam) właśnie teraz, w czasie pożegnań „Orła z Wisły”. Zarówno ostatnie zawody Pucharu Świata w Planicy, jak i pożegnalna impreza Małysza „Bull’s Eye” w Zakopanem, obfitowały w wąsy – tak publiczność jak i rywale ze skoczni zapuszczali, doklejali lub choćby domalowywali sobie zarost, aby w ten sposób oddać honor polskiemu zawodnikowi.

Koniec kariery pana Adama to automatyczne zmniejszenie procentowego udziału wąsa w transmisjach telewizyjnych. Być może to znak nowej ery – wszyscy zdajemy sobie sprawę z tego, że wąsów będzie raczej coraz mniej niż coraz więcej. A kiedyś było ich naprawdę dużo. Tak w telewizji, jak i przed telewizją – a nawet przed radiem, przed telegrafem i przed elektrycznością. Kiedy modelować je trzeba było nożyczkami lub brzytwą, a nie trymerami philishave. Nie przedłużając, przedstawiam poniżej skromny ranking wąsów polskich. Starałem się wybrać reprezentantów różnych dziedzin życia społecznego. Większość z nich mogłaby zostać zastąpiona innymi przedstawicielami, ambasadorami wąsów – w końcu, przynajmniej w latach 70-tych i 80-tych wąsatymi piłkarzami spokojnie moglibyśmy zapełnić ławy sejmowe, a z wąsatych polityków utworzyć kilkanaście piłkarskich „jedenastek”. Dlatego też z góry zapraszam do rozważań i dyskusji – kto, kiedy, jaki kształt, jaki kontekst historyczny lub kulturowy.

 

10. Krzysztof Krawczyk

Przykład człowieka, który wąsom wierny pozostał przez całe życie. W zasadzie gdy spojrzymy na wizerunki tych najbardziej znanych przedstawicieli polskiej sceny muzycznej, wcale nie znajdziemy wielu wąsaczy. Wykształciły się tam raczej dwie skrajności – albo golenie „na gładko” (Klenczon, Krajewski, Grechuta), albo z kolei obfite brody (Czesław Niemen, Stan Borys). Chociaż oczywiście nie sugeruję, że wąsy były białymi krukami – przypomnijmy sobie choćby Andrzeja Zauchę czy Marka Piekarczyka.

9. Bohdan Smoleń

bohdan_smolen_MAN_3_150489l.jpg

Członek kabaretu „Tey”, aktor, filantrop. I wąsacz. Nie jestem pewien od kogo się zaczęło, ale trzeba przyznać, że polscy kabaretowi klasycy „wąsem stoją” – Marcin Daniec czy Jerzy Kryszak także mają się czym pochwalić.

8. Bolesław Chrobry

Oczywiście – umieszczam go tutaj biorąc pod uwagę wizerunek znany z banknotu dwudziestozłotowego, czy ten widoczny powyżej, z pocztu królów i książąt Matejki. Jeżeli faktycznie Bolesław I wyglądał w ten sposób, to możemy go uznać za pioniera wąsaczy polskich. Król to w końcu król i jego wizerunek na pewno spowodował, iż w niejednej izbie zadźwięczały nożyce i ci, którzy za Mieszka nosili gęste brody, zwrócili się ku nowej, jakże interesującej formie zarostu.

7. Władysław Kozakiewicz


W tym wypadku „gest Kozakiewicza” jest słynniejszy niż wąs Kozakiewicza, jednak wg mnie bez tego wąsa gest nie miałby aż takiej wymowy. Sami pomyślcie – gdyby „gdzie się zgina dziób pingwina” pokazał radzieckiej publiczności jakiś mydłek z reklamy gillette, nikt by już o tym wydarzeniu nie pamiętał. A tak, „wał” pokazał chłop na schwał – silny, z czupryną, orłem na piersi i przede wszystkim polskim, wtedy już klasycznie polskim wąsem. Jeden z najbardziej pamiętnych momentów w historii tak sportu, jak i stosunków międzynarodowych.

6. Tadeusz Rejtan

Na co byłby sarmacie kontusz i kielich z miodem, gdyby gołowąsem był? Szanujący się polski szlachcic nosił wąsy. Tak naprawdę całą tę rzeczpospolitą szlachecką nazwałbym „I Rzeczpospolitą Wąsatą” (zakładając, że II RP Wąsatą okażą się lata 70-te i 80-te XX wieku). Oczywiście, potrzebowałem tutaj przykładu szlachcica – na pewno wielu znalazłbym w literaturze, jednak z góry przyjąłem, że w rankingu biorą pod uwagę wyłącznie postacie realne – dlatego właśnie Rejtan. Tak jak gest Kozakiewicza do radzieckiej publiczności był symbolem politycznym, tak i Rejtan robił wszystko, aby nie dopuścić do rozbioru Polski – czy to chowając laskę marszałkowską i opóźniając obrady sejmu konfederacyjnego, czy kładąc się i własnym ciałem blokując wyjście z sali po ich zakończeniu. Symbol patrioty. Z wąsem.

5. Andrzej Szarmach

Wielki napastnik, gwiazda ligowych boisk Polski (Arka Gdynia, Górnik Zabrze, Stal Mielec) i Francji (m.in. Auxerre i Guingamp). Grał w reprezentacji, gdy ta zdobywała 3 miejsca na MŚ w RFN i w Hiszpanii. Był także w kadrze, która zdobyła srebrny medal na igrzyskach olimpijskich w Montrealu – co więcej, z Kanady wyjeżdżał jako król strzelców całej imprezy. Dwukrotnie wybrany przez France Football najlepszym obcokrajowcem w lidze francuskiej. Oczywiście, mógłbym dać tutaj choćby Zbigniewa Bońka, ale jakoś tak ten wąs Szarmacha… ma w sobie coś więcej. Oczywiście, wtedy naprawdę bardzo wielu znakomitych piłkarzy nosiło wąsy. Wymienić można choćby Gadochę, Młynarczyka czy Furtoka. A przecież jeszcze w latach 90-tych z wąsami biegali najważniejsi zawodnicy piekielnie mocnej wtedy Legii Warszawa – Wojciech Kowalczyk i Leszek Pisz. I jak tak patrzę na dzisiejsze wyżelowane gwiazdki polskiego futbolu, to dochodzę do wniosku, że może akurat w przypadku piłki nożnej te wąsy grały jakąś rolę…

 

4. Władysław Jagiełło

Plik:Wladyslaw Jagiello.jpg

Niby Litwin, ale nie od dziś lubimy przywłaszczać sobie nie swoich – a skoro możemy to robić z wieszczami czy astronomami, to dlaczego nie z królem Polski. Dlaczego tak wysoko? Bo gdyby nie on, to być może nigdy nie mielibyśmy postaci takich jak Rejtan. To właśnie Jagiełło zaczął nadawać szlachcie przywileje i dzięki niemu pozycja tego stanu wzrosła, aż wreszcie dotarli do swojego złotego, wąsatego wieku. Nie można nie docenić tutaj roli zwycięzcy spod Grunwaldu.

3. Adam Małysz


Na podium, tak jak w swoim ostatnim sezonie i ostatnim starcie w Pucharze Świata. Oczywiście, być może to kontrowersyjne umieszczać skoczka narciarskiego przed królem. Ale po pierwsze – nikt nie powiedział, że będzie zgodnie z linią programową, po drugie – spójrzmy na to z innej strony. Większość osób z tego rankingu żyła w czasach, kiedy wąsy nosił o wiele większy odsetek społeczeństwa niż obecnie. Małysz pozostał wierny wąsom w XXI wieku i jakkolwiek wzniośle by to nie zabrzmiało (prawdę mówiąc, taki mam właśnie cel) – to prawdopodobnie Ostatni Wielki Polski Wąsacz.

2. Lech Wałęsa

Lech Wałęsa, rok 1981

Klasyk. Pierwsze wąsy „Solidarności”, a tych w organizacji nie brakowało. Później pierwsze wąsy III RP. Człowiek roku wg „Time”. Nobel i miano człowieka, który pokonał komunę. Podobno kiedyś proponowano mu milion dolarów za zgolenie wąsa, a on się nie zgodził. Ja bym się zgodził, ale ja jestem człowiekiem nowego pokolenia zero. Za to później zgolił wąsa ot tak. Na krótko, ale wielu zapamiętało mu tę niewierność – i to właśnie zdecydowało o utracie pierwszego miejsca.

1. Józef Piłsudski

Naczelnik, Marszałek, Premier. Przywódca. Postać kontrowersyjna, podobnie zresztą jak p. Wałęsa. Tyle, że ja nie zajmuję się kontrowersjami, a wąsami. A te mówią same za siebie. Takich nie było, nie ma i pewnie już nigdy nie będzie. Chyba żadne wąsy nie miały tak mocnej pozycji w kraju (a przecież dokopały też bolszewikom). W tym wypadku jestem zobowiązany nadmienić, że nie chciałem mieć zbyt dużej ilości polityków w rankingu, choć przecież całe 20-lecie międzywojenne stało ważnymi wąsaczami. Paderewski, Dmowski, Mościcki, Witos, Grabski, Kwiatkowski – każdy z nich to postać ważna i z mniej lub bardziej pokaźnym wąsem. Mogły dzielić ich poglądy, ale łączył ich wąs i troska o dobro ojczyzny. Piękne czasy.

Muzyka: Szlifierz i striptizerka

Są takie szczególne płyty. Mogę usiąść, zamknąć oczy i jak bardzo naiwnie by to nie brzmiało – przenieść się w inną rzeczywistość. Taki jest bez wątpienia drugi album Grindermana. Włączam go i nagle znajduję się w barze. Ciemnej spelunie, ze ścianami z cegły i świecącymi na czerwono neonami. Ze sceną, na której wiję się niezgrabnie i jednocześnie bardzo zmysłowo pijana striptizerka, z nadmiarem czarnego makijażu wokół oczu. Tusz trochę się rozmazał, bo ona płacze jak tańczy, a tańczy do muzyki, która brzmi momentami jak borowanie zębów.  Barman podsuwa mi kolejną „whiskey on the rocks”, wzruszając przy tym ramionami. Gapię się na dziewczynę.

Tak, podobno „grinder” to z angielskiego szlifierz, ale też striptizerka. Uważam, że to idealna nazwa dla zespołu, o którego drugiej płycie właśnie próbuję pisać. Grinderman. Czyli tak naprawdę Nick Cave + The Bad Seeds, tylko pod inną nazwą. Bo inne podejście do tworzenia, bo Cave chwycił za gitarę – nie wnikam. Muzyka faktycznie trochę inna niż ostatnie, bardziej delikatne albumy nagrane pod tym głównym szyldem. Z drugiej strony, nie oszukujmy się – bardziej gładka niż Cave z lat 80-tych. No ale być może tamtych czasów nie pamięta sam (naćpany podówczas jak nieboskie stworzenie) Australijczyk.

„Grinderman 2” to muzyka brudna, hałaśliwa i psychodeliczna, choć przy tym bardzo ładnie wyprodukowana. Przesterowane gitary i różne nietypowe dźwięki (ach ten Warren Ellis) kontrowane są nisko granymi, raczej oszczędnymi, spinającymi wszystko w zgrabną całość partiami basu. Nad wszystkim dominuje wokalista, który nierzadko proponuje spokojne, wręcz dostojne, melodyjne partie. Dobrym przykładem jest utwór Worm Tamer, gdzie Nick fantastycznie góruje nad warstwą instrumentalną przydając utworowi klasy. Bardziej krnąbrne kompozycje kontrowane są bardziej lirycznymi momentami, takimi jak pierwsza połówka When My Baby Comes (druga część tego numeru jest z kolei bardzo intrygującą improwizacją, z unoszącym się gdzieś wysoko zaśpiewem-pytaniem „when she come?„).

Jednak punktem kulminacyjnym albumu jest dla mnie utwór Palaces of Montezuma. Jedna z najlepszych piosenek miłosnych (choć chyba bardziej o miłości jednostronnej) jakie słyszałem. Zaskakująco jasna, bardziej optymistyczna niż reszta płyty, z fantastycznym tekstem. On pragnie dawać jej rzeczy materialne: pałac Montezumy i grobowiec Akbara. Obiecuje „Epos o Gilgameszu”, ale też uroczą czarną sukienkę. I rzeczy niematerialne, np. „a coustard-coloured super-dream of Ali McGraw and Steve McQueen / I give to you”. Ale wcale nie chce dużo w zamian, „I want nothing in return, just the softest little breathless word / I ask of you”. Jest to przedostatni utwór na płycie, którą zamyka świetny, mroczny Bellringer Blues.

Muzycy udali się na przerwę. Striptizerka również. Spojrzałem pytająco na barmana i uzyskałem od niego oczekiwane, oszczędne – lecz wiele znaczące – skinięcie głową. Odkleiłem się od stołka i poszedłem w kąt sali nieopodal kontuaru, gdzie na skórzanej kanapie siedziała i paliła papierosa gwiazda wieczoru. Sam usiadłem na czarnej pufie usytuowanej naprzeciwko sofy. Wyciągnąłem fajka i wetknąłem go niedbale w usta. Niespodziewanie wyciągnęła zapalniczkę i podała mi ogień.

– Gdzieś słyszałem, że to nie w porządku, jeżeli kobieta podpala szluga facetowi.

Wzruszyła ramionami i dalej trzymała wyciągniętą rękę, a płomień zapalniczki nawet nie drgnął. Skorzystałem z tej uprzejmości. Zaciągnąłem się patrząc jej w oczy. Nie wiedziałem co powiedzieć. Z bliska wyglądała tak bardzo młodo.

– Chciałeś coś ode mnie? – zapytała szorstko.

– Nie wiem. Jesteś taka ładna, ale taka smutna. Pomyślałem, że może mógłbym cię jakoś rozweselić…

– Po co? – przerwała mi. To było niezłe pytanie.

Zaszurały krzesła – na sali ktoś wstał od stołu. Stary, przygarbiony, wąsaty Australijczyk chwiejnym krokiem ruszył w kierunku sceny. Za nim – niczym cienie – podążyli koledzy z zespołu. Tancerka spojrzała na mnie z niesmakiem, zgasiła papierosa i także wróciła na swoją scenę. Muzycy chwycili za instrumenty. Rozpoznałem pierwsze takty utworu Mickey Mouse & The Goodbye Man. Zerknąłem na barmana, który wskazywał mi stojącą przed nim szklankę. Nalał na trzy palce. Wróciłem do baru. Szlifierz i striptizerka kontynuowali swoje gody.